poniedziałek, 5 września 2016

Nic nie wzrusza bardziej niż wzruszenie

     Nowy tydzień w miejscu pełnym różnorodnych osobowości, z których każda wiekiem "przerasta" inne, staje się dla mnie codziennością; wymarzoną codziennością. Specyfika mojej pracy polega na m.in. "papierowych pożeraczach czasu", dzięki którym wszystko staje się uporządkowane i jasno z nich wynika, co może nas czekać w kolejnych dniach, czy tygodniach. Dzięki Paczce posiadam błogą cierpliwość do spraw organizacyjnych i perfekcyjnie przygotowuję "deklaracje świetlicowe" oraz porządkuję orzeczenia i opinie. Wszystkie dzieci znam osobiście, jednak specyfikę funkcjonowania w klasie i problemy dydaktyczne widzę, jak na razie na "papierku". Celowo nie wspomniałam o problemach wychowawczych, ponieważ z nimi spotykam się codziennie - mam przyjemność przebywać kilkanaście godzin tygodniowo na "morderczo wypełnionej" świetlicy dziećmi klas podstawowych I-VI i I-III gimnazjum; czasami jednocześnie! To wtedy dziwię się nad posiadaniem u siebie pewnych poziomów cierpliwości i tonu głosu.
     Kochane te nasze dzieciaczki. Najpierw urządzają pogrzeb stonodze "Frankowi", śpiewają pieśni pożegnalne, zatrudniają "płaczki", a gdy dochodzi do punktu kulminacyjnego, zaczynają obrzucać się wyzwiskami, popychać i na sam koniec niezręcznie wylewać łzy honoru (bo przecież "chłopaki nie płaczą"). W chwilach urządzania pokazu sił nadprzyrodzonych, przydaje się roczne trenowanie biegania. Oto ja: "miła Pani świetlicowa", czym prędzej pędzę w stronę rozwydrzonej widowni i stada wojowników "walczących o życie" i wydobywam z wnętrza mojej klatki piersiowej wysoki sopran, jednocześnie czekając na: "jak rozpętałem III wojnę światową". Oczywiście nic się nie dzieje, uciekają od siebie, jak spłoszone kurki. 
A wzruszam się, gdy te moje "wojowniki" grają z IIb w wisielca na tablecie i im podpowiadają.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz